Katownia

Katownia.

Kości w końcu pokrywa ziemia i porasta trawa.
Po przystrzyżonych trawnikach
chodzą obcasy
koturny
i biegają małe adidasy,

Krew w końcu pokrywa farba i porastają dzieła sztuki.
Po eleganckich posadzkach
chodzą obcasy
koturny
i biegają małe adidasy.

Tylko okna pamiętają.
One widzą
wnętrza
i zewnętrza.

W szybach jak w lustrach
odbija się
przeszłość
i przyszłość.

Okien nie oszukasz.
Nawet jak je
zamkniesz
i zasłonisz.

Czy wszystkich modlących się słyszeć możesz?
Kogo odrzucisz, a komu pomożesz?
Czy ogarniesz każdy mój szept i każde wołanie?
Czy wolisz tych co mówią Ci Tato, czy raczej Panie?
Dlaczego milczysz i nie przerwiesz modlitwy?
Nie tupniesz i nie rozstrzygniesz tej bitwy,
która trwa w mojej głowie i w sercu?
Dlaczego nie odpowiadasz na moje pytania?
Czy masz w tej chwili ważniejsze wezwania?
A może ja po prostu mam problem ze sobą?
Nie umiem Cię usłyszeć, bo wciąż
swym gadaniem zagłuszam ciszę.
Tę, która z serca pochodzi
i rozlewa się po ciele.
We mnie wciąż jest myśli, obrazów i słów tak wiele,
że nie ma miejsca dla Ciebie…
Bo Ty przecież nie siedzisz na tronie w dalekim Niebie,
nie odrzucasz połączeń przychodzących do Ciebie ode mnie.
Potrzebuję pustki, żebyś wlał w nią Swoją pełnię.
Tato.