[20 lutego 2018, Faza Księżyca: wzrastający sierp]
Jestem wyprowadzona na pustkowie i poddawana kolejnym próbom (zob. Mt 4 1-11). Pora stoczyć zaciętą batalię, aby w końcu stanąć w mocy Bożej córki i krzyknąć: Jezus Chrystus mnie uzdrowił! Uzdrowił moje ciało i serce. Oto dowód.
Najtrudniejsze to uwierzyć, że to się dokonało. Dlatego On prosi mnie o coś, co przekracza moje wyobrażenia: „Szczęśliwi, którzy nie widzieli, a jednak uwierzyli” (por. J 20, 29). Koniec patrzenia na znikające z ciała symptomy, codziennego utwierdzania się, że to się dzieje naprawdę, ciągłego testowania i kontrolowania Jego działania. Na tym etapie On podwyższa poprzeczkę i prosi, abym podniosła oczy i patrzyła jedynie na Niego, nie zwracała uwagi na to, co dzieje się na ciele. I nie widząc, nie sprawdzając czy się dokonało, a ufając, że tak, na Jego sygnał stanąć i dać świadectwo. Wtedy dopiero spojrzę na ciało. Wtedy to w końcu On wypróbuje mnie.
W procesie uzdrawiania On uczy mnie zaufania, pokory, cierpliwości. Pokazuje, co mnie czeka na drodze, którą dla mnie przygotował. Uczy mnie słuchać, rozpoznawać Jego głos. Uczy mnie wytrwałości i odwagi. Ja te nauki przyjmuję, ale największą przeszkodą jest mój opór przed przyjęciem uzdrowienia w pełni. Tak z ludzkiego punktu widzenia mogę się przecież zbłaźnić. Powiem, że On mnie uleczył, a moje ciało wskaże coś odwrotnego. Stanę się pośmiewiskiem ja i On. Jakbym miała coś niewidocznego i nieuchwytnego, to zawsze mogę twierdzić, że mi lepiej, ale zmiany na skórze? No bez jaj. Wóz albo przewóz. Zwycięstwo albo porażka. Wiara albo jej brak. Taka jest cena, taka jest waga. Czy stawiam na szali jedynie swoją reputację, czy także Jego reputację, jako wszechmogącego?
Tak właśnie w moim myśleniu prowadzi mnie kusiciel, produkując dodatkowe symptomy, których nie miałam od lat. Moja reputacja? Wyśmianie? To chyba nie jest, aż tak ważne. Na matrycy Eisenhowera umiejscawiam ją zatem w kwadracie nieważne-niepilne. Wpływ na reputację Boga? Aż tak wpływowa nie jestem. Kategoria poza matrycą. Co zatem stanowi przeszkodę?
W moim odczuciu: to co zawsze, czyli mój brak wiary. Brak ufności, nie tylko w stosunku do Niego, ale także, a może przede wszystkim w stosunku do siebie. Czy ja na pewno kroczę tą drogą, którą On dla mnie przygotował. Czy na pewno rozumiem to, co On mówi mi przez Słowo? Skąd mam pewność, że to Słowo jest dla mnie, skąd mam wiedzieć, że to On do mnie mówi? Skąd mam wziąć siły, żeby uwierzyć? Szczerze mówiąc, nie znam odpowiedzi na te wszystkie pytania, choć nieustannie je sobie zadaję, pewnie jak większość osób chcących iść albo nieporadnie lub bardziej poradnie idących za Nim. Ja po prostu próbuję. Próbuję i ryzykuję swoją reputacją, swoim czasem, swoim samopoczuciem. Mimo wszystko powtarzam, że wierzę i ufam, choć wiem, że to stwierdzenie nie jest w każdym momencie tak samo absolutne. Wiem, bo mam swoje ograniczenia. On stworzył mnie na swój obraz, ale podobieństwem mam się stawać, bo nie jestem doskonała. Na szczęście On jest doskonały, niczym nieograniczony i absolutny. Lepiej niż ja radzi sobie z moimi słabościami i wadami. Do tego wiem, że uważa mnie za wyjątkową, wiem, że ma nieskończoną cierpliwość do mnie, a jeśli Go poproszę w chwilach słabości, posyła swoich aniołów, aby mi służyli choćby ciepłym słowem i modlitwą.
Co mi zatem pozostaje? Z całej siły, jakąkolwiek dysponuję w danym momencie wierzyć i ufać. Nieporadnie i dziecinnie, mocno i dojrzale, w swoich wątpliwościach czy po prostu ze spokojem. Cały czas. I jak nadejdzie odpowiednia chwila, a ja poczuję umocnienie w Nim, wyznać: „Panie, mój Boże, do Ciebie wołałem, a Tyś mnie uzdrowił. Panie, dobyłeś mnie z Szeolu, przywróciłeś mnie do życia spośród schodzących do grobu” (por. Ps 30, 3-4). Mam takie przekonanie, że wtedy właśnie nadejdzie dla mnie prawdziwa pełnia. Pełnia uzdrowienia, a może pełnia zaufania?

