Słowo#43 Dowód osobisty.

[24 lipca 2019, Międzynarodowy Dzień Wirtualnej Miłości]

Chodzę ostatnio z pytaniem, co odróżnia mnie, jako chrześcijanina od niechrześcijanina. Czy tak naprawdę poza wiarą w to, że Jezus Chrystus jest Mesjaszem zmienia to sposób mojego funkcjonowania na co dzień. Co to znaczy być chrześcijaninem i jak budować swoją tożsamość, jako chrześcijanin?

W zakamarkach mojej pamięci brzęczą echem słowa Jezusa: „Po tym wszyscy rozpoznają, że jesteście moimi uczniami, jeśli będziecie się wzajemnie miłować” (por. J 13, 35; edycja św. Pawła). Czyli On daje odpowiedź, że jako chrześcijanin muszę tak kochać innych ludzi, żeby to nie było normalne i zgodne ze standardem, bo skoro po tym mają mnie poznać, no to nie może to być zwykła rzecz. Kochać przyjaciół i nieprzyjaciół. Tak ogólnie na tym etapie jest to do ogarnięcia: wybaczać, błogosławić- lepiej lub gorzej można to spełniać. Tylko jeśli mówimy już nie ogólnie, ale o konkretnym człowieku, to jak kochać np. złodzieja, mordercę, nie mówiąc o innych społecznych dewiantach? Albo jak kochać kogoś bliskiego, kto nas rani? Jak kochać drugiego chrześcijanina, który postępuje wbrew nauce?

I tu robi się wyższa szkoła jazdy, o której mam wrażenie często piszę, bo często zadaję sobie pytanie, jak być lepszą na tej mojej drodze. Ciągle mi mało, ciągle jestem niewystarczająca, ciągle zawodzę, ciągle brak mi mądrości, rozeznania, cierpliwości, ale przede wszystkim wciąż kocham zbyt słabo. Miewam dość ludzi, ich egoistycznych zachowań, ich zapatrzenia na siebie, ewentualnie własne dzieci, ich udawania, ze się nic złego dookoła nich nie wydarza, ich stwierdzeń, ich życia w poczuciu że są prawie idealni, ich traktowania słabszych i biedniejszych z góry lub ignorowania zła w sobie i wokół siebie. W tym miejscu chciałabym wtrącić małą „refleksyjkę”, a mianowicie uważam, że opieka nad słabszymi i potrzebującymi to nasz społeczny obowiązek. Jeśli powodzi ci się lepiej to pomagasz innym. To pewien standard, a co za tym idzie stwierdzam, że to nie stanowi rdzenia chrześcijanina, choć jest niezbędnym wymogiem kroczenia tą ścieżką. Jezus wyraźnie określa, że po tym jak kocham zidentyfikują mnie, jako Jego ucznia.

Miłość w dzisiejszych czasach (pomijając tę zeszpeconą i spłyconą utożsamianą z zaspokojeniem seksualnym) jest często sprowadzana do stwierdzenia: żeby mi lub nam było dobrze. A miłość to przecież poświęcenie dla kogoś, praca, nerwy. Miłość to nie rzucenie drobniaków do kubeczka żebraka, ani też rzucenie do drugiego: „jak leci?” i udawania, że słucham odpowiedzi. Miłość to szczere zainteresowanie się kimś, co czuje, czego rzeczywiście potrzebuje. I to jest coś, co mnie nieraz przerasta. Staram się, ale sprowadzenie miłości do tego wirtualnego przelewu czy wirtualnego kontaktu jest takie proste i wygodne. Po co sobie robić kłopot i poświęcać czas drugiemu, zapytać o pragnienia i potrzeby spotykanej osoby, skoro można kliknąć i przelać miłość?

< Nie mówię, że wirtualna pomoc i wirtualny kontakt są złe i wiem, że mogą wynikać z dobrych pobudek, płynących z serca i nie być tylko wytłumieniem własnego wypaczonego sumienia. Mogą być w jakiejś mierze pomocne, ale sądzę, że wirtualna miłość nie istnieje. Miłość wydarza się tu i teraz, namacalnie w miejscu w którym jesteś, miłość jest dawaniem, często konkretnym, materialnym, ale też dawaniem tego, co ulotne. Przede wszystkim jest ofiarowaniem innym nadziei. Nadziei na zbawienie, nadziei na odkupienie. To spojrzenie na kogoś, jak na brata i siostrę mimo dzielących was trudnych rzeczy, mimo barier społecznych, emocjonalnych czy światopoglądowych.

Myślę, że o to chodziło Jezusowi, gdy mówił o odróżnieniu chrześcijan od niechrześcijan: o realizowanie miłości w swoim życiu, o obdarowanie innym. Nie realizowaniem się, nie dawaniem sobie, ale drugiemu. Czyli wyjściu poza własny egoizm. I nie przeczę, że ateista jest w stanie to zrobić. Tylko, jeśli nie ma odwołania do tej odwiecznej Miłości, do Źródła to ta miłość i poświęcenie innym bardzo szybko może stracić swój głębszy sens. Dlatego chce się pomodlić za nas wszystkich, w szczególności chrześcijan żeby naszym dowodem osobistym nie był status, miejsce zamieszkania czy parafia, ale niezmywalna pieczęć na czole (zob. Ap 7, 3), na której napisane jest: ZDOLNY DO MIŁOŚCI.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *