[16 lutego 2018, wspomnienie św. Juliany]
Około dziesięć dni temu, prawdopodobnie w nocy ukąsił mnie jakiś owad w czoło pozostawiając cztery małe, kłute ranki. Strupy są ze mną nadal. Czasami przeszywa je ból, czasami swędzenie, a czasami po prostu ćmią lub w ogóle ich nie czuć. Towarzyszą mi w moim procesie uzdrawiania.
Zaczęło się ono właśnie wtedy- dziesięć dni temu, a może dużo wcześniej już w sierpniu, gdy siedząc w kącie małej kapliczki we wsi, której nazwy nie pamiętam, słuchając ludzi, którzy tak pięknie swoim śpiewem i modlitwą wielbili Boga, zaczęły spływać mi z oczu łzy i wylewać się ze mnie tak po prostu. Nagle ustały, a w kolejnym dniu podczas pielgrzymkowych modlitw niewidzialna ręka przygniotła mnie do ziemi. Klęcząc na trawie boiska, łzy popłynęły znowu wraz ze strupami przyklejonymi do mojego serca. Tym razem one obmywały we mnie i wylewały ze mnie trzydzieści lat życia, setki sytuacji, etapów i zakrętów na drodze. Ranki na czole układają się właśnie w taki ostry zakręt. Przypominają mi o zwrocie w moim życiu, czasie kiedy On w nie wkracza.
Z mojego ciała powolutku, małymi warstwami dzień po dniu znika choroba skóry towarzysząca mi od ponad osiemnastu lat. Uzdrowienie przyszło od Niego niespodziewanie, ale nie nagle. Wyszłam z propozycją: „Jeślibyś tylko zechciał, mógłbyś mnie oczyścić”, a On odpowiedział: „Chcę…” (por. Mk 1, 40-42).
Do uzdrawiania wzywam więc Jego, ale On wzywa także mnie, bo każde uzdrowienie czemuś służy. Ma być znakiem Jego obecności tu na ziemi. Ma być objawieniem Jego mocy we mnie i dla mnie, ale też dla innych. Jestem przekonana, że znak mojego zewnętrznego uzdrowienia, które wciąż trwa dedykowany jest dla konkretnych osób. Oprócz modlitwy, podejmuję więc konkretne kroki, aby być gotową na przekazanie Dobrej Nowiny, kiedy On powie mi, że to ten moment. Zanoszę modlitwę, ale także rozpoczynam współpracę z Nim.
Mam taką myśl, że często modlimy się o cud, a on się nie wydarza. Czy gdybyśmy go doświadczyli to czy posłuchalibyśmy jego prośby, aby pójść i pokazać się kapłanowi? Czy raczej biegalibyśmy i krzyczeli z szaleństwem w oczach: zostałem uzdrowiony albo co wydaje się bardziej prawdopodobne uzdrowienie to byłby dla nas swoisty zbieg okoliczności medyczno-przyrodniczych ewentualnie wspartych modlitwą?
Moje uzdrowienie to proces. Kiedy się zakończy wie tylko On: może za 10 minut, 10 dni, a może 10 lat. Dlaczego? Bo oprócz fizycznych symptomów, On przede wszystkim dotyka i leczy moje serce oraz duszę pokazując na czym polega chodzenie z Nim na co dzień. Jak w Ewangelii Łukasza wzywa mnie: „Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech bierze swój krzyż na siebie codziennie i naśladuje mnie” (por. Łk 9, 23-27). Jeszcze do niedawna, jak słyszałam ten wyświechtany zwrot to słyszałam jedynie krzyż, a dalej strata, wyrzeczenie i ogólna droga przez mękę. Ale czy o to chodziło Jezusowi? Czy to jedynie zapowiedź męczarni, tortur jako drogi do zbawienia? Czy, żeby zostać świętą muszę tak ciężko zostać doświadczona przez życie, jak święta Rita: doznać straty męża i dwóch synów i pójść do klasztoru, żeby podążać na Nim? To przecież zdecydowanie nie dla mnie!
No i słusznie, że nie dla mnie, bo to była droga świętej Rity. Nie wiem, co On przygotował na mojej drodze, ale jedyne co „muszę” zrobić i o co On wyraźnie mnie prosi (a wręcz przynagla) to o wiarę, że przygotował dla mnie najlepszą ścieżkę, a nawet autostradę. „Muszę”, bo tak na prawdę nic nie muszę, ja mam po prostu zechcieć i powiedzieć Mu: „tak”. Wtedy w kolejnym kroku oddaję Jemu kierownicę w moim samochodzie. On nie jedzie już na miejscu pasażera i nie siedzi na miejscu instruktora z drugą kierownicą w rękach. Ja mimo oporów „muszę” i chcę wypuścić jedną jedyną kierownicę w tym aucie z rąk i powiedzieć: Panie masz, daję Ci ją. Cholernie się boję, ale oddaję ją Tobie, bo Ty jesteś moją właściwą drogą, jedyną prawdą i całym życiem.
Na przyjmowanie uzdrowienia i trwanie z Nim w tym procesie, który nie mamy pojęcia kiedy się zakończy, trzeba być gotowym. Nie przygotowanym, nie nauczonym, nie wystudiowanym, nie świętym, ale gotowym Mu zaufać, a wręcz zdeterminowanym i zdecydowanym, żeby to zrobić. Po włosku jedno słowo odpowiada stwierdzeniu, że jestem gotowy/ gotowa: pronto/pronta i to samo słowo pronto oznacza po prostu szybko lub podnosząc słuchawkę telefonu i mówiąc pronto! dajemy sygnał rozmówcy, że jesteśmy gotowi go słuchać. Nie wiemy kto dzwoni i co nam powie, ale nasze zawołanie daje jasny przekaz: pronto!
Ja odbieram telefon czując, że to On i krzyczę: pronto! I nawet jeśli będzie trzeba odbierać wielokrotnie, rozmowę zagłuszy syczenie węży, szum otoczenia, mój strach czy dekoncentracja to pamiętam, żeby nawet w tych zakłóceniach komunikacyjnych powtarzać „Mów Panie, bo sługa Twój słucha”. Wierzę i wiem, że w odpowiednim momencie przychodzi odpowiedź: „Oto Ja uczynię taką rzecz Izraelowi, że wszystkim, którzy o niej usłyszą, zadzwoni w obu uszach” (Biblia Tysiąclecia) lub Biblia Poznańska: „Oto Ja uczynię taką rzecz w Izraelu, że każdemu, kto o tym usłyszy, zaszumi w obu uszach” (por. 1 Sm 3, 1-10). I właśnie „ta rzecz” będzie jedynym dźwiękiem, jedynym szumem w moim sercu.
Słucham dalej, trwając poprzez modlitwę w wierze, poprzez Słowo w nadziei i poprzez moje codzienne działanie w miłości. Wciąż walczę ze złym, dość nieporadnie posługując się mieczem i próbując zakuć go w łańcuchy, bo on nie cofa się, sącząc w mój umysł wątpliwości czy to, co się dzieje ze mną jest prawdą. Sącząc je po cichu, ale też wylewając przez usta innych, a nawet przez zalanie mnie lawiną fałszywych symptomów. Tylko, że rozlewa to zło na marne, bo ufam, że jedyne co zostało przelane za moje uzdrowienie to krew Chrystusa. I to już się stało, ale też dzieje się wciąż o czym przypominają mi moje strupy na czole.

