Słowo#51 No i jest.

[25 stycznia 2020, Święto Nawrócenia św. Pawła Apostoła]

W poprzednim odcinku opisywałam pustynię, po której się czołgałam, w pobliżu widząc ołtarz, przykryty białym obrusem, na którym stoi hostia w monstrancji (zob. Słowo#50). Dzisiaj zebrałam się do tego, aby opisać ciąg dalszy moich pustynnych wrażeń. Tak się stało, że w końcu to moje pełzanie w miejscu zamieniło się na turlanie i poturlałam się wprost pod ołtarz. Koło nosa widziałam jedynie czarne, skórzane buty. Czy ktoś w tej niewidocznej dla mnie płaszczyźnie „nad” sprawował Eucharystię? Zapewne.

Ja natomiast leżałam dalej, bo oprócz zmiany miejsca nic się nie wydarzyło. Nadal tkwiłam w paraliżu. Dopiero po kilku dniach coś zaczęło się zmieniać. Leżąc pod tym stołem zaczęłam obrastać skorupą. Stopniowo coś owijało moje ciało niczym kokon, aż w końcu stałam się kokonem, i w nim jak w skorupie zastygłam. Kolejne kilka dni leżenia w wyobraźni i skorupa zaczęła pękać. Powoli spod niej wyłaniał się wielobarwny motyl. Uwolniłam się.

Już nie musiałam się czołgać, pełzać jak ta larwa, ale byłam wolna i mogłam polecieć gdzie chcę. Co za ulga… Stało się jednak coś innego. Mianowicie postanowiłam zostać na ołtarzu. Usiąść na nim i złożyć swoją wolność w Jego ręce. To jedyna ofiara, jaką tak naprawdę możemy Mu dać: nasza wolna wola. Niezbywalny dar od Niego, ale posługując się nią, w niezwykły i niezrozumiały sposób możemy ją ofiarować jej Darczyńcy.

Pojęłam to w tym Adwencie. Te dni, które mijały, gdy opisany obraz się rozwijał spędzałam na kilku rzeczach. Oprócz opisanego w Słowo#50 jęczenia, obrażania się, załamywania i innych fochów z poczuciem beznadziei w tle, czytałam Jego Słowo, modliłam się, notowałam natchnienia, starałam się kochać innych i służyć. Bez entuzjazmu, bez zapału i wydawałoby się bez uczucia. I choć zawaliłam kilka rzeczy, to w swej niedoskonałości i niedostatku chciałam przy Nim trwać, nawet jak wydawał się tak odległy. Myślałam, że to bezowocne oczekiwanie, myślałam, że odpuszczę, ale jednak po raz kolejny i trudny nie odpuściłam.

Opłaciło się. To dziwne wydłużające się oczekiwanie zaowocowało moim kolejnym zawierzeniem na zupełnie innym poziomie. Nie wiem co przyniesie jutrzejszy dzień, ale Szaweł też nie wiedział. Nawet, jak sobie poukładał plan, to On wywrócił go do góry nogami. I przyniósł Szawłowi światło. Światło, które go oślepiło, ale które zawładnęło nim bez reszty. Światło, którego ciemność nie zgasi (zob. Dz 22, 3-16). I tym światłem mógł się dzielić z innymi, tak abyśmy mogli trwać w Jezusie, a On w nas (zob. J 15, 4). Jak Szaweł każdego dnia nawracajmy się i wierzmy w Dobra Nowinę o zmartwychwstaniu, bo wkrótce znowu Go zobaczymy (zob. J 16, 16).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *