Słowo#56 Śmierć problemom.

[12 sierpnia 2020, Dzień Pracoholików]

Ostatnio ze względu na stan zdrowia mocno przystopowałam ze wszystkimi moimi aktywnościami. Dałam sobie czas na oddech, przyjrzenie się sobie, naukę siebie, ale też Boga w sobie. Taki krok w tył, być może potrzebny, żeby ruszyć do przodu we właściwą stronę i z nową energią.


Odkąd pamiętam lubiłam dużo na siebie brać, przede wszystkim obowiązków. Poczucie odpowiedzialności, przerośnięte w moim wypadku, nakazywało mi, żeby zajmować się wszystkim i wszystkimi dookoła, tak jakbym co najmniej mogła zbawić świat, a przecież on już jest zbawiony. Poczucie kontroli z kolei powodowało, że na każdy problem usiłowałam znaleźć rozwiązanie, a najlepiej kilka jego wariantów.

Mimo, że powierzyłam swoją ścieżkę, swoje życie Jezusowi, to i tak po ludzku starałam się jak najwięcej rzeczy ogarnąć samodzielnie. Nawet ciężkie zapalenie płuc, które przeszłam zimą i pobyt w szpitalu nie mogły mnie do końca przystopować. Dopiero, jak dopadły mnie dolegliwości psychosomatyczne, czyli kiedy moja psychika, obciążona traumami, nadmiarem zadań i wieczną czujnością oraz komplikacjami związanymi z panującą pandemią odmówiła posłuszeństwa, cały skumulowany stres zaczął odbijać się w moim ciele. Wtedy stanęłam pod ścianą i nie miałam wyjścia.

Inaczej, mogłam udawać, że nic mi nie jest, ale zdecydowałam, że biorę dłuższy urlop zdrowotny, odcinam się od pracy i rozpoczynam psychoterapię. Ten etap rozpoczęłam ponad dwa miesiące temu i trwam w nim, widząc jak tego potrzebuję. Instynktownie, po wszelkich obciążających wydarzeniach w moim życiu, dość szybko zbierałam się w sobie i rzucałam się w wir pracy, obowiązków domowych, działalności charytatywnej. Jednak od problemów nie da się uciec, a przed własnymi emocjami nie można się schować. Trzeba się z nimi zmierzyć. Choć to nieprzyjemne, choć dopadają mnie niepokoje, a nawet paraliżujący lęk, to muszę pozwolić im płynąć we mnie, jak chmurom po niebie i uczyć się je obserwować i żyć z tymi najtrudniejszymi.

Można różnie podchodzić do tych niechcianych stanów, czy do problemów ogólnie. Można, spróbować się ich na szybko pozbyć, podejść podstępem i zrzucić w przepaść, tak jak faryzeusze chcieli pozbyć się Jezusa (zob. Łk 4, 29). Jednak one wrócą jak piłka, odbiją się od dna przepaści i nabiorą w locie niespodziewanej mocy, która uderzy w nas w najmniej oczekiwanym momencie.

Dla mnie taki moment był pewnej majowej niedzieli, podczas Eucharystii na którą wybrałam się sama. Po drodze jakoś tak ciężko mi się oddychało, ale myślałam, że to maseczka albo stan po zapaleniu płuc. Podczas mszy nagle zrobiło mi się duszno, potem oblał mnie strach, następnie zdrętwiała mi jedna ręka, potem język i druga ręka. Musiałam wyjść, zadzwonić po męża i wrócić z nim do domu. Taki typowy atak po staremu tak zwanej nerwicy pokazał, że odcinanie się od swoich emocji, sprawi, że uderzą one w moje ciało. Tak czy siak gdzieś je odczuję. To był moment przełomowy w moim myśleniu, pokazujący, ze muszę zmienić strategie radzenia sobie.

Sposób faryzeuszy zarówno w Piśmie, jak i w moim życiu był nieskuteczny. Pewnie równie nieskuteczny okazałby się sposób Piłata na rozwiązanie problemów, czyli umycie rąk. Przełożenie rozwiązania i obarczenie uskutecznieniem go na innych (zob. Mt 27, 24). W moim wypadku mogłyby to być przerzucenie odpowiedzialności za rozwiązanie moich problemów na rodzinę, na leki czy na psychoterapeutę albo na Boga. Wiem jednak, że muszę swoje emocje ogarnąć sama przy wsparciu Boga, terapeuty i rodziny, a jak będzie trzeba to i leków. Żadne z nich nie weźmie odpowiedzialności za rozwiązanie, bo to nie byłoby dla mnie dobre.

Dlatego trzecim sposobem zmierzenia się z problemami i wierzę, że najlepszym jest sposób Mistrza, sposób Jezusa. Czy On próbował zlikwidować kłopoty i czekającą Go tragedię w swoim życiu? Czy próbował przerzucić odpowiedzialność na innych? Oczywiście nie. Nie prosił, nie szukał cierpienia. Jednak przyjął go i zmierzył się z krzyżem. Mogłoby się wydawać, że został pokonany, dobity, uśmiercony przez ciężar, który dźwigał. Tak sobie mogli pomyśleć wszyscy patrzący na Niego.

Jednak prawda okazała się zgoła inna. Przeszedł przez kryzys, jakim było własne cierpienie i śmierć, po to żeby zmartwychwstać, „narodzić się” na nowo, jako silniejszy, doskonalszy niż ktokolwiek z patrzących na jego śmierć mógł przypuszczać.

Oby Ojciec obdarzył mnie, ale także ciebie wytrwałością i siłą niezbędną do zmierzenia się z własnym krzyżem. Krzyż musi skończyć się śmiercią. To naturalne, jednak najważniejsza powinna być perspektywa tego, co po niej, bo ta perspektywa daje nadzieję, która z kolei jest nieśmiertelna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *