Słowo#64 Wszystko płynie.

[10 marca 2021, Dzień Całowania w Czoło]

Kilka dni temu pokłóciłam się z Ojcem. Kumulacja różnych dziwnych i frustrujących drobnych wydarzeń, przeżyte zawody, a także udrożnienie jednego z przewodów emocjonalnych w moim mózgu sprawiły, że pękłam. Po prostu wylałam przed Nim całą swoją beznadzieję tę obecną i tę z niedalekiej przeszłości związaną ze śmiercią moich dzieci.

Choć działo się to na modlitwie w myślach, to krzyczałam i przeklinałam, kazałam Mu ogarnąć Się, ogarnąć mnie oraz wszystko co się dzieje i działo, bo ja tego nie ogarniam, nie rozumiem i daleko mi do postawy mnicha- stoika bezwzględnie ufającemu Bogu i z cierpliwością przyglądającemu się strumieniowi życia.

Mam wrażenie, że w moim wypadku to nawet nie byłby strumień, a rwąca rzeka, która w najmniej oczekiwanym momencie chlusta mi w twarz, tak że tracę oddech. I serio wtedy w d…. mam teksty typu ”jesteś taka wierząca, to sobie ze wszystkim poradzisz” albo „Bóg tak chciał”. Ja rozumiem, że wiara i zaufanie to nie wiedza i zrozumienie, ale jakiś cień światła (och jaki oksymoron mi wyszedł!) przydałby mi się na tej krętej ścieżce.

Myślę, że poniekąd ten mój bunt wynika z tego, że ostatnio jestem ogałacana z wielu rzeczy, o których nie myślałam, że są dla mnie takie istotne. Na przykład czyjś autorytet. Bum i się trzęsie w posadach. Na przykład to, żeby ludzie dobrze o mnie myśleli czy mówili. Bum. Nic nie robię złego, wręcz przeciwnie, a pretensja i obgadywanie w moim kierunku lecą. Nie wspominając o sytuacjach, w których bezradnie miotam się próbując próbując siać Słowo. I nic. A ja, jak pierwsza lepsza naiwna dziewuszka przejmuję się tym wszystkim, szukam winy w sobie, chcę łagodzić sytuacje, zachęcić, zaprosić do współpracy, wybaczać na potęgę i trzeba to sobie powiedzieć wprost: kontrolować sytuację w jakiś sposób. Tylko, że się nie da. To jest poza, a nawet ponad mną.

Może po prostu w tej rwącej rzece życia nie chodzi o to, żeby płynąć poprawnym i pięknym stylem? Przecież w tak wartkiej wodzie to jest niewykonalne. Może chodzi jedynie o to, żeby się uspokoić, nie utopić i nauczyć oddychać. Przecież i tak będzie mi spieniona woda chlustać w twarz, więc mogę sobie podarować to jak wyglądam dla przybrzeżnych obserwatorów, bo oni nie są w tej rzece i nigdy nie będą. Może powinnam przyjąć, że nawet „zmokła kura” jest piękna?

Co ja mogę, jak nic nie mogę. Nie chodzi mi tu o tłumaczenie jakieś bierności, bo jestem powołana do twórczej aktywności, jako człowiek mający upodabniać się do Stwórcy i z niej nie rezygnuję. Może po prostu powinnam bardziej zakotwiczyć się w Jezusie, na Nim polegać, niż niespokojnie szukać pierwszej, lepszej przystani, tylko po to żeby odzyskać kontrolę i skrócić czas płynięcia.

Miło by było, jakbyś Tato, mimo wszystko przyszedł po mnie po tych wzburzonych wodach, wyciągnął, wytarł ręcznikiem i pocałował w czoło. Taki odpoczynek z Tobą i w Tobie, zmiana perspektywy i złapanie dystansu może pomogłaby mi na nowo Cię odnaleźć w sobie. Amen

—————————————–

„Na to odezwał się Piotr: -Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie! A On rzekł: -Przyjdź! Piotr wyszedł z łodzi, i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: -Panie, ratuj mnie! Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: -Czemu zwątpiłeś, małej wiary? Gdy wsiedli do łodzi, wiatr
się uciszył”.  Mt 14, 28-32

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *