Słowo#1 Instrukcja podawania leku.

[14 lutego 2018, Walentynki, Środa Popielcowa]

W internetach ktoś wrzucił infografikę:
– Czy dzisiaj są Walentynki czy Środa Popielcowa?
– A masz żonę czy dziewczynę?
– Żonę.
– To Środa Popielcowa.

Niby śmieszny zbieg dat i niby powód do chichotania. Natomiast dla mnie dzisiejszy dzień był po prostu przepełniony miłością, ale też wołaniem o nią. Opowiem po kolei co się działo.

W zasadzie to zaczęło się już wcześniej: wszystko inne, ale też przeziębienie oraz kłujący ból w prawym oku, jakby ktoś mi wbijał raz za razem ostrą szpilkę. Za radą męża umówiłam się do okulisty, i za jego kolejną radą, a moim pogarszającym się stanem zaczęłam szukać okulisty na już. Okazało się, że jakimś cudem jest to możliwe, więc mąż zabrał mnie tam samochodem, abym z moim niepełnosprawnym okiem nie spowodowała wypadku. I jakimś cudem pojechał drogą, którą zwykle omijamy. Zatrzymaliśmy się na światłach na wysokości przystanku tramwajowego i zobaczyłam na nim leżącą na chodniku dziewczynę, otoczoną grupą wycieczkową młodzieży. Niewiele myśląc wyskoczyłam z auta. Rozeznałam sytuację: karetka jest wzywana, dziewczyna- Francuzka ma ostry ból brzucha, problemy z oddychaniem i bierze od dawna jakieś leki. Przyjaciółka klęczy przy niej i trzyma ją za rękę. Tłumacz mówi mi, że rano bolał ją brzuch i dziwi się co ona wyprawia. Rozmowa z pogotowiem się przedłuża, wysyłają karetkę. A ja daję się prowadzić. Klękam przy niej, łapię ją za ramię, drugą rękę kładę jej na czole, zamykam oczy i się modlę. Po cichu, jedynie w myśli. Francuskie słowa ukojenia płyną z ust przyjaciółki, a ja zanoszę modlitwy do Niego o łaskę dla niej, jakakolwiek jest jej potrzebna, o spotkanie Jego, o prowadzenie, ukojenie i dzianie się Jego woli w jej życiu. Przyjaciółka uśmiecha się do mnie zachęcająco. Dziewczyna chce, żebym w tak intymny sposób dotykała jej czoła, odsuwała polar od twarzy, mimo, że leży tyłem do mnie bezbronna, a ja wiem, że nie spojrzę jej w oczy. Przecież ona ma spotkać się z Kimś innym. I to tu na ziemi, tylko po to, aby potem Jemu spojrzeć w oczy bez trwogi. Karetka nadjechała. Mąż zbiera mnie z chodnika.

O dziwo nie spóźniam się do okulisty, bo to wizyty się opóźniły (system przestał działać, zatrzymał kolejkę). Kolejka prywatnych wizyt czeka od prawie dwóch godzin. Perspektywa żadna. Mam ochotę mimo opłaconej wizyty wyjść, nie wracać. Zwracam się do Niego- chyba mam czekać. Mąż wychodzi i ma przyjechać po mnie później. Nie mam nawet żadnej książki. Zagajam ludzi,  słyszę tyradę narzekania na powolność lekarki. To co Stary Testament niejednokrotnie nazywa szemraniem wydarza się codziennie. Dzielę się myślą, że dzisiaj Środa Popielcowa i można tę kolejkę potraktować pokutnie. Dostaję w odpowiedzi instrukcję, że w kościołach sypią jeszcze głowę popiołem oraz śmiechy, że dzisiaj też Walentynki. Temat ucicha, ale zaraz pojawiają się historie z PRL-u, wspomnienia, indywidualne przeżycia i robi się na chwile domowo. Słucham. Kolejka rusza. Zaraz, zaraz mam książkę w aplikacji na telefonie, odpaloną na tłumaczeniu Nowego Przymierza. Bingo. Akurat początek Ewangelii Marka. Dobra! Jedziemy póki się sprzęt nie rozładuje.

Czytam Słowo, modlę się nim, odkrywam wciąż na nowo. W szczególności fragment o chodzeniu po wodzie, jak zawsze fascynujący, zafrapował mnie jeszcze bardziej. Jak się okazuje tylko u Marka Jezus „(…) widział jak ciężko pracują wiosłami, bo wiał przeciwny wiatr” (Biblia Poznańska) lub Nowe Przymierze: „Wówczas zobaczył ich, jak walczą przy wiosłach, gdyż wiatr mają przeciwny, i około czwartej straży nocnej przyszedł do nich po falach (…)” (por. Mk 6, 48). Pierwszy raz uderzyło mnie, że On ich widział z brzegu, uważnie obserwował ich zmagania i o określonej godzinie nadszedł. Chciał ich wyminąć, czyli prawdopodobnie zaszedł ich po prostu od tyłu, znienacka, a oni się zlękli i zaczęli krzyczeć, więc On ich uspokajał. Ale w tym wszystkim widział ICH, ich walkę, wiatr przeciwności. Uderzyło mnie to dlatego, że uświadomiłam sobie, że On czuwa w każdym momencie, nawet jak my Jego nie czujemy, nie widzimy, nie słyszymy i wydaje się daleki. Oczekuje także czuwania z naszej strony, pozostania czujnym na sytuacje, kiedy to my możemy podać rękę innym, sprawiać, że dzieje się miłość. Może się dziać jedynie wtedy, kiedy mamy uszy słyszące wołanie o nią. Wszędzie. Także w tych drobnych rzeczach.

W kolejce pozostaje starszy pan z opiekującą się nim wnuczką oraz pani. Pani mówi, że w sumie od rana nic nie jadła, bo tak długo tu krąży po ośrodku (jest po 14). Zwraca się do mnie, że to faktycznie post. Mówię, że warto takie wyrzeczenie dedykować. Potakuje, zastanawia się i mówi, że kręci się jej w głowie. Ogarniam wodopój dla niej i dla siebie. Pan wchodzi i wychodzi, zostajemy same.  Wołają mnie do gabinetu, ale pani była przede mną, więc informuję, że ona wchodzi pierwsza. Pani w końcu wychodzi z gabinetu, zwalnia przy mnie i mówi, że dziękuje za wodę, za wpuszczenie jej i tak w zasadzie za wszystko. Urzekło mnie to wszystko. Bo wszystko to przecież On, wszystko to miłość.

Tak. Dzisiaj Walentynki i ja miałam swoją dziewczynę, a nawet panią, ale dzisiaj też Środa Popielcowa i mam swoją żonę, którą jest Kościół. Tutaj faktycznie, zgodnie z instrukcją posypują głowę popiołem.

Przed zaśnięciem Słowo prowadzi mnie do Drugiej Księgi Machabejskiej r. 13, gdzie w Beroi znajduje się wysoka wieża, z której zgodnie ze zwyczajem miejscowym strąca się w popiół zbrodniarzy. Tam występny Menelaos podlega egzekucji, bo „…popełnił wiele zbrodni przeciw ołtarzowi, którego ogień i popiół są święte, znalazł więc śmierć w popiele” (por. 2 Mch 13, 4-8). Ja natomiast już wiem, że z popiołu chcę budzić się do życia. Do życia w miłości, czyli z Nim.

Jedna odpowiedź do “Słowo#1 Instrukcja podawania leku.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *