Słowo#27 Namiot spotkania.

[23 czerwca 2018, Dzień Ojca]

Świątynia powinna być jak najlepszy dom dla każdego. Jak wracasz do dobrego domu wiesz, że zastaniesz tam kochającego rodzica, krupnik na żołądkach i kotlety. Podobnie ze świątynią. Tam zawsze jest obecny w tabernakulum (z łac. namiot) kochający rodzic, gotowy do nakarmienia nas swoim Ciałem i Krwią.

W każdym kościele można poczuć się jak w domu i na miejscu. Choć sentymentalnie możemy być związani z jedną parafią, to tak naprawdę nie ma znaczenia, gdzie odwiedzimy Jego, bo On jest wszędzie. Nie ma znaczenia, pod warunkiem, że jest to świątynia, bo choć Jego możemy spotkać w każdym miejscu i czasie, a Duch przenika nas o każdej porze, to jedynie w świątyni możemy uczestniczyć w Eucharystii, która jest bezcenna dla naszego dobra i rozwoju duchowego. Nic nie zastąpi momentu, kiedy chleb i wino przemieniają się w Najświętsze Ciało i Krew. Tego raczej nie zobaczymy i nie doświadczymy w domu, na plaży, w górach czy nad jeziorem. Do tego potrzebujemy Kościoła (wspólnoty), Kapłana i Żywego Boga, a te trzy rzeczy spotykają się w świątyni.

Jak mocna i wszechogarniająca jest Jego obecność w hostii mogłam przekonać się podczas ostatniego Weekendu Pełnego Łaski na Górze św. Anny, gdzie spotkało mnie coś niesamowitego. Prowadzący rekolekcje zachęcał do adorowania Najświętszego Sakramentu w nocy, gdyż taka nocna modlitwa podobno jest bardzo owocna. Oczywiście nawet nie miałam zamiaru wstawać. Jednak moje zamiary idą swoją ścieżką, a Jego zamierzenia inną, o czym przekonałam się już nie raz. O 2:00 w nocy obudziła mnie muzyka i słowa piosenki uwielbienia: „nie było i nie będzie innej odpowiedzi na moje tęsknoty, na moje pragnienia, tylko Chrystus Pan…” Grała tak w kółko. Jak się okazało grała jedynie w mojej głowie. Nie mogłam zasnąć, a słowa były tak oczywiste, że po 15 minutach walki, poddałam się, zarzuciłam dres i poszłam do kaplicy. Po drodze sto razy miałam myśl, żeby zawrócić, że to bez sensu i do tego skręciłam źle ze dwa razy, więc dopiero po dłuższym błądzeniu dotarłam na miejsce. Jak tylko przekroczyłam próg kaplicy, towarzysząca mi podczas całej drogi piosenka nagle ustała. Uklęknęłam i jedyna myśl, jaką skierowałam do Niego, to: powiedz mi po co ja tu jestem? Na tyle było mnie stać w środku nocy.

Było więcej niż pewne, że po coś konkretnego mnie tam sprowadził. Zamknęłam oczy i w mojej głowie pojawił się obraz łopaty stojącej w sztorc i czarnej ziemi. Niewiele się zastanawiając (jestem w gorącej wodzie kąpana), zaczęłam przekopywać tę żyzną ziemię, na której jednak nic nie rosło. Okazało się, że po przerzuceniu dosłownie kilku łopat trafiłam na coś błyszczącego. Złoto i to tak płytko umiejscowione. Ledwo przysypane ziemią. Podnosząc ten skarb, jakie było moje zdziwienie, kiedy odkryłam, że mam w ręce małą, gwieździstą monstrancję z Najświętszym Sakramentem. Moją, małą, osobistą, na własność. Wykopaną własnoręcznie, ale podarowaną od Niego.

Zapytałam: co dalej? Nagle perspektywa rozszerzyła się i zobaczyłam nieskończenie wielką połać tej ziemi i wielu kopiących, teraz, wcześniej oraz później. Każdy miał szansę dokopać się do identycznego skarbu jak ja. Otrzymać go na własność. W tamtej chwili zrozumiałam, że to obraz nas- chrześcijan poszukujących Boga, zdobywających skarby. Zaczęła mnie jednak martwić jedna rzecz, która jak sądzę towarzyszyła mi już od pewnego czasu. Po co to wszystko? Skoro i tak tylu jest niewierzących, grzeszących, a przede mną i po mnie przyjdą kolejni… i tak w kółko do skończenia świata. To wieczne kopanie, a potem zapomnienie.

W tym momencie obraz jeszcze bardziej się rozszerzył. Ludzie nagle zniknęli. Spod połaci ziemi nagle podniosła się gigantyczna monstrancja z Najświętszym Sakramentem. „Zrzuciła” z siebie całą ziemię i stanęła, górując i triumfując nad wszystkim co było, jest i będzie. Ostateczne zwycięstwo. Koniec kopania.

Jak rozumieć ten skomplikowany obraz? Na nieskończoną ilość sposobów, dlatego nie chcę żadnego sugerować. Chcę się jedynie nim podzielić. Jego kompleksowość można rozważać do końca życia. Mnie ciągle otwierają się nowe zakamarki. Jednak to, co mnie uderzyło na samym początku, to uświadomienie sobie, że te małe hostie rodziła spod ziemi ta jedyna gigantyczna. Ona cały czas tam była przykryta ziemią, ale dająca wciąż życie.

Można myśleć, co się chce, ale takie przeżycia i takie dobra tylko w Domu, tylko z Nim i tylko w Kościele. Ja o tym świadczę, jako domownik, ale też jako wędrowiec i poszukiwacz skarbów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *