Słowo#17 Świetlista biel.

[5 kwietnia 2018, wschód Słońca 6:02, dzień trwa 13 h 13 min]

Święta, święta, a po Świętach Wielkanocnych w mojej głowie został jeden obraz. Jeden, choć złożony z dwóch scen. Obraz został mi podarowany podczas Liturgii Wieczerzy Paschalnej, w której uczestniczyłam pierwszy raz w życiu. Podczas początkowej części, kiedy wnętrze kościoła było pogrążone w ciemności i ciszy oraz oczekiwaniu, zamknęłam oczy i w mojej wyobraźni zostałam przeniesiona do wnętrza grobu wykutego w skale.

Było tam ciemno, chłodno i cicho, na kamiennym stole leżało martwe, poranione ciało owinięte w jasny materiał. Jako ciekawa świata osoba, podeszłam i dotknęłam zwłok. Były lodowate. U stóp i u głowy stały współczesne paschały. Czekające na zapalenie. Czekały, tak jak ja w ciszy i spokoju. Wiedziałam co ma się wydarzyć. Choć oczekiwanie się dłużyło, to znałam jego finał, więc dlatego towarzyszył mi spokój.

Pomyślałam wtedy, że jestem szczęściarą, bo wiem co się wtedy stało. Ale jak czuli się uczniowie Chrystusa? Oni nie mogli być pewni, co się wydarzy. Choć Jezus zapowiedział swoje powstanie z martwych (zob. Mk 9, 31; Mt 17, 22; J 2, 19-22), to po ludzku po prostu nie mogli wiedzieć i kropka. Nie było w nich, jak we mnie spokoju, tylko przerażenie. Nie było w nich uczucia zniecierpliwienia i pytania, kiedy się w końcu podniesie, bo przecież wiadomo, że to zrobi, ale rozczarowanie i zagubienie.

Otworzyłam oczy, liturgia trwała. Wiedziałam kiedy nastąpi kontynuacja obrazu. W momencie odśpiewywania długiego Alleluja obwieszczającego Zmartwychwstanie ponownie zamknęłam oczy. Tym razem stałam w grobie, ale Jego tam już nie było, zostawił odsunięty kamień, więc wiedziałam, że ja także muszę stamtąd wyjść. Wyszłam, ale zobaczyłam dość niespodziewaną rzecz, aczkolwiek logiczną. Stanęłam w świetle. Nie w jakichś tam promieniach. Byłam we wnętrzu świetlnej kuli, otoczona świetlistą bielą pod stopami i dookoła mnie. Nie było nic poza tym, tylko ta świetlista biel. Biel, którą podczas przemienienia na Górze Tabor, św. Marek opisuje, że na ziemi nikt nie jest w stanie takiej bieli uzyskać (zob. Mk 9, 2-3). Ja znałam ten odcień świetlistej bieli z innego obrazu, więc wiedziałam co, a dokładnie Kogo oznacza. Wiedziałam też, że choć chciałabym postać jeszcze w tym wspaniałym świetle, muszę ruszyć przed siebie.

Opuściłam kulę i wyszłam na ścieżkę, którą już szedł przed siebie On. Ruszyłam za Nim. Upewniał się czy idę, czy daję radę, ale ja i tak wiedziałam, że nigdy nie nadążę, że zawsze będzie przede mną. Choć dystans wciąż był ten sam między nami, bo mi dawał fory, obracał się w moją stronę i zachęcał uśmiechem, to wiedziałam, że On już tę drogę przebył nieskończoną ilość razy i zawsze będzie z przodu. Co było znaczące, jak spojrzałam w jaką stronę idziemy to widziałam jedynie wschodzące słońce na horyzoncie. Otworzyłam oczy.

Są takie Słowa i obrazy, które wiem, że zachowam na zawsze. Posiadają one tyle płaszczyzn znaczeniowych i tyle materiału do rozważań, że pewnie ziemskiego życia mi nie wystarczy na zrozumienie ich do końca. Przede wszystkim jednak one porządkują moje myślenie i postrzeganie świata, uczą i zapraszają do odkrywania prawdy, ale też przekazywania jej dalej. A prawda jest taka, że Jezus Chrystus Zmartwychwstał, prawdziwie Zmartwychwstał. Wzeszedł jak Słońce, tylko z tą różnicą, że już nigdy nie zajdzie.

One Reply to “Słowo#17 Świetlista biel.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *